Najnowsza książka Szymona Hołowni wydana nakładem wydawnictwa Znak,
będąca jednocześnie wywiadem z ks. Grzegorzem Strzelczykiem, „Niebo dla
średnio zaawansowanych” z pewnością nie jest pozycją jednorazową, którą
się czyta, pochłania i odkłada na półkę kurzom i niepamięci na pożarcie.
Wręcz przeciwnie – jest to kompendium wiedzy, do której chcemy wracać i
dzielić się nią z innymi. Są to bowiem nie tylko osobiste przemyślenia
autorów na temat istoty Nieba, ale też zbiór faktów, definicji i
rozważań o tym co bardziej lub mniej wiemy o nim z rozmaitych źródeł.
Książka jest napisana lekkim, dowcipnym językiem – same tytuły
rozdziałów są już zachęcające i prowokujące niejednoznacznością („Ile
bajtów pamięci ma dusza”, „Piekło – wieczny grill czy wieczna
samotność”, „Niebiański USC”). Autorzy mają dystans zarówno do siebie,
do wywiadu jak i do swoich poglądów, które zdecydowani są poszerzać o
nowe spostrzeżenia współrozmówcy, nie mamy więc wrażenia, że czytamy
eseje, wykłady czy pracę naukową. Hołownia z księdzem Strzelczykiem
wspólnie filozofują i wymieniają się wiedzą, dając czytelnikowi
wrażenie, że zapraszają go do dyskusji.
Rozmowa toczy się nie tylko na temat Nieba, ale i wszystkiego, co go
dotyczy: śmierci, czasów ostatecznych, Sądu, powtórnego przyjścia
Chrystusa, dusz, potępienia, piekła i czyśćca, świętych, Aniołów i
Demonów, grzechów, nowych ciał po śmierci, życia na innych planetach i
zmartwychwstania zwierząt. Autorzy są przy tym wszystkim rozbrajająco
szczerzy i dosłowni – nie zasłaniają się pseudo intelektualnymi zbitkami
trudnych słów, ale stawiają sprawę jasno, przyznają, że czegoś nie
wiedzą lub nie są pewni, a nawet…zmieniają zdanie w trakcie wywiadu.
Niektóre kwestie poruszane w książce są tak złożone, że autorzy
mimowolnie powracają do nich po parę razy, za każdym razem uzupełniając,
rozszerzając lub modyfikując poprzednie konkluzje. Inne znowu wydawały
mi się niedostatecznie zgłębione i umotywowane. W wielu miejscach
prześwitująca przez całą książkę subiektywność, która na ogół stanowi
walor publikacji, idzie za daleko – w „co ja bym chciał” lub „jak jest
mi łatwiej myśleć”. Oczywiście jest to sposób na zjednanie sobie
czytelników, którzy sami miewając mnóstwo wątpliwości, utożsamiają się z
autorami, jednak nieustanna dyfuzja faktów i poglądów wprowadza
momentami lekki zamęt i uczucie dyskomfortu u czytelnika. Nie wie on, do
jakiego stopnia może przyjąć wiedzę autorów jako oficjalne nauczanie
Kościoła, a do jakiego uznać to, co przeczytał, za osobiste poglądy
Szymona Hołowni i księdza Strzelczyka.
Jakkolwiek daleko by jednak nie zabrnęli w kontrowersję, nie odejmą
książce przyjemnego, lekkiego, wręcz wciągającego stylu pisania (253
strony wchłonęłam w dwa zabiegane popołudnia), którego nie brakuje w
żadnej książce Hołowni. Humor, błyskotliwe komentarze i spostrzeżenia, a
także zdrowa równowaga pomiędzy powagą tematyki a publicystyczną
lekkością pióra towarzyszą im zawsze do ostatniej strony.
Książkę proponuję wszystkim, zarówno wierzącym, sceptycznym, jak i
niezdecydowanym, a wśród nich szczególnie tym, którzy mają dość
zastraszania i niepewności w temacie spraw ostatecznych. Ksiądz
Strzelczyk zapewnia, że nie ma się czego bać, a wręcz, że należy z
niecierpliwością wyczekiwać – i motywuje to, muszę przyznać, niebywale
przekonująco.
Recenzja dla portalu www.kulturawkrakowie.pl, z dnia 14.05.2013
wtorek, 14 maja 2013
poniedziałek, 25 lutego 2013
Rozpustnik ukarany, czyli Don Giovanni w Operze Krakowskiej
Premiera „Don Giovanniego”, jednej z najpopularniejszych kompozycji
na świecie, w Operze Krakowskiej odbyła się w lutym 2009 roku. Od tamtej
pory zmieniła się już niemal cała obsada, z wyjątkiem śpiewaków
kontraktowych teatru. Dzieło Mozarta zawsze cieszyło się niezwykłym
powodzeniem wśród publiczności,więc krakowski teatr chętnie do niego
wraca. W okrągłe cztery lata od premiery mieliśmy okazję ujrzeć spektakl
ponownie, tym razem z udziałem norweskich gości – Harvarda Stensvolda w
roli Don Giovanniego i Kari Postmy jako Donny Elviry.
Historia „Don Giovanniego” sięga drugiej połowy XVIII wieku i najowocniejszego okresu twórczości kompozytora. Współpraca Wolfganga Amadeusza Mozarta z włoskim librecistą Lorenzo da Ponto zaowocowała trzema wspaniałymi operami, wymienianymi na czele reprezentacyjnych kompozycji wiedeńskiego artysty. Zdecydowanie obok „Czarodziejskiego Fletu” to właśnie „Wesele Figara”, „Cosi fan tutte” i „Don Giovanni” należą do najbardziej znanych oper tamtego okresu, o ile nie wszech czasów.
„Don Giovanni”, czyli włoski Don Juan jest dziełem zdecydowanie najoryginalniejszym, odważniejszym niż pozostałe, a nawet na tamte czasy dość innowacyjnym. Stał się bowiem jednym z najważniejszych przykładów opery semiseria, czyli zawierających elementy zarówno poważne, jak i komiczne. Zachwyt nad tą formą dzieł wokalno-instrumentalnych zapanował powszechnie dopiero w epoce romantyzmu (tworzyli je Berlioz, Meyerbeer, Donizetti, Rossini czy Bellini). Mozart wyprzedził więc poniekąd oczekiwania odbiorców klasycyzmu. Sam jednakże uważał swoje dzieło za wybitne, posługując się nawet stwierdzeniem, że napisał je dla Pragi, gdyż Wiedeń na nie nie zasłużył. Pomimo wielkich różnic między „Don Giovannim” a poprzednimi operami buffa, którymi zachwycała się publiczność, dzieło z biegiem czasu okazało się wielkim sukcesem.
Opera ta aż do dziś należy do najbardziej lubianych i nieprzerwanie ściąga do teatrów rzesze miłośników, stawiając coraz to nowsze wyzwania realizatorom. Jednym ze źródeł popularności opery są ogromne możliwości interpretacyjne, jakie daje utwór – skorzystał z nich obficie również Michał Znaniecki, odpowiedzialny za reżyserię, scenografię, inscenizację i kostiumy „Don Giobanniego” w Operze Krakowskiej. Jednym z najbardziej trafionych rozwiązań tej realizacji było przeniesienie akcji do nowoczesnego uzdrowiska emanującego purytańską bielą. Jednocześnie ubiór i charakteryzacja postaci korespondowały ze znanym filmem Federico Felliniego „Osiem i pół”, wprowadzając silny akcent przenikania się sztuk. Tak więc tytułowy Don Giovanni przypominał głównego bohatera filmu, Guido, Donna Elvira nawet fryzurą i rekwizytem w postaci czarno-oprawionych okularów odzwierciedlała filmową Luisę. W ten właśnie sposób większość postaci wpasowuje się w owo odniesienie reżysera do obrazu filmowego.
Uwagę zwraca również wspaniale ucharakteryzowany chór i balet, stanowiący tłum różnorodnych gości sanatorium, od chichoczących zakonnic, aż po szukających alkoholowej uciechy emerytów. Oba zespoły przygotowane zostały świetnie, zarówno wizualnie jak i aktorsko, można było jednak odnieść wrażenie, że zapomniano w tym wszystkim o możliwościach scenicznych głównych postaci. Zarówno przeciągające się momenty popisowych arii, jak i sceny zbiorowe w wykonaniu solistów pozbawione były akcji. Ta koncepcja bezruchu niestety nie należała do udanych, co potwierdzała publiczność, gwałtownie ożywiając się jedynie na rzadkie sceny z udziałem pełnego chóru i baletu. Sama interpretacja dzieła w reżyserii Michała Znanieckiego odbiegała też niejednokrotnie od samej treści libretta. Zamysł reżysera wydawał się być misternie przygotowany, przemyślany i pozornie słuszny – do momentu, gdy akcję zaczęły zakłócać kolejne nieścisłości. Przykładem może być finałowa scena wieczerzy, która została całkowicie zreinterpretowana przez reżysera, a pojawia się w niej cytat odnoszący się do elementu przestrzeni, który został usunięty. Nieścisłości tego typu pojawiało się sporo, m.in. w scenie, gdy Zerlina wiąże Leporella z zamiarem zemsty i choć aktorzy trwają w bezruchu, Leporello błaga napastniczkę, by nie wlokła go za sobą jak konia.
Pozytywnym akcentem była świetna gra Agnieszki Cząstki w roli wyżej wspomnianej Zerliny. Jej obie arie, „Batti, batti o bel Masetto”, „Vedrai carino” oraz duet z Don Giovannim „La ci darem la mano” należą do najbardziej rozpoznawalnych fragmentów opery, co czyni jej postać niezwykle ważną, choć z założenia drugoplanową. Koncepcja bohaterki według Michała Znanieckiego nie była do końca zgodna z tradycyjnym wizerunkiem postaci – z lekko uwodzicielskiej, lecz wciąż pruderyjnej, prostej dziewczyny została przemieniona w silną, świadomą swej atrakcyjności kobietę, która świadomie manipuluje swoim narzeczonym Masetto. Osobiście scenę, w której Zerlina pociesza poturbowanego Masetta, odebrałam jako przesadzoną. Być może w dzisiejszych czasach subtelna zmysłowość, jaką otaczały się kobiety czasów kompozytora nie jest już aktualna, ale uczynienie z bohaterki w zamian drapieżnej nimfetki okazało się zbyt dalekim posunięciem, odbiera bowiem postaci niewinność, która była podstawą jej wiarygodności.
Kreacja postaci Don Ottavia, w którą wcielił się Adam Sobierajski, również nie należała do udanych pomysłów. Choć śpiewakowi aktorsko nie można nic zarzucić, uczynienie jego bohatera na siłę mdłym i zniewieściałym było niepotrzebnym rozwiązaniem. Opera sama w sobie zawiera już wystarczająco wiele wątków i postaci komicznych, a dodawanie ich na siłę stanowiło przerost formy nad treścią. To samo tyczy się postaci Donny Anny, której ewolucja w kobietę zimną i nieczułą zdawało się być potrzebą wynikającą ze skontrastowania jej z bezradnym narzeczonym. W pierwotnym zamyśle niedoszła ofiara Don Giovanniego, ogarnięta szałem po stracie ojca, miała być uosobieniem kobiety łagodnej i oddanej, w którą wstąpiła nieopanowana żądza zemsty. Zamiast tego, uczyniono z niej kobietę wyrachowaną i zaślepioną, co nie koresponduje z jej miłością do Don Ottavia, a motywy jej działań pozostają kompletnie niewyjaśnione. W związku z tym, widz nie jest w stanie utożsamić się z postacią, bo jej nie rozumie.
Przedstawienie posiada również mocne atuty, dla których warto wybrać się na spektakl. Przepiękne kostiumy i bogata scenografia zachwycały, pomysł na miejsca akcji (sanatorium, pijalnia wód, sauna) był bardzo świeży i przyjemny w odbiorze. Śpiewacy również mieli się czym pochwalić – Katarzyna Oleś-Blacha prezentowała niebiańskie piano i perliste koloratury, Kari Postman wręcz urzekała soczystą barwa głosu, Leporello do ostatniej chwili utrzymywał świetny kontakt z publicznością. Fenomenalny był też Remigiusz Łukomski w niewdzięcznej, bo krótkiej i trudnej roli Komandora. Cały spektakl wyczekiwałam na słynny fragment, w którym symboliczna postać wyśpiewuje „Don Giovanni! A cenar teco…” (tłum. Don Giovanni! Zaprosiłeś mnie na wieczerzę, więc oto przyszedłem). Nie zawiodłam się – był to ten moment, kiedy przeszyły mnie prawdziwe dreszcze. W tej jednej frazie, przy cichym towarzyszeniu budującej napięcie orkiestry, odbija się cały geniusz Mozarta. Miał rację dyrektor praskiej opery, gdy pisał: „Niech żyje da Ponte, niech żyje Mozart! (…) Póki Ci dwaj żyją, nikt się nigdy nie dowie, co to nędza w teatrze”. Zdania te, choć wypowiedziane ponad 200 lat temu, wciąż nie tracą na aktualności.
Na krakowską inscenizację z pewnością można się wybrać. Polecam ją przede wszystkim tym, którzy tradycyjną wersję opery już widzieli i mają ochotę na coś nowego, a także miłośnikom nowoczesnych aranżacji wszystkich dziedzin sztuki.
Recenzja dla portalu www.kulturawkrakowie.pl, z dnia 25.02.2013
Historia „Don Giovanniego” sięga drugiej połowy XVIII wieku i najowocniejszego okresu twórczości kompozytora. Współpraca Wolfganga Amadeusza Mozarta z włoskim librecistą Lorenzo da Ponto zaowocowała trzema wspaniałymi operami, wymienianymi na czele reprezentacyjnych kompozycji wiedeńskiego artysty. Zdecydowanie obok „Czarodziejskiego Fletu” to właśnie „Wesele Figara”, „Cosi fan tutte” i „Don Giovanni” należą do najbardziej znanych oper tamtego okresu, o ile nie wszech czasów.
„Don Giovanni”, czyli włoski Don Juan jest dziełem zdecydowanie najoryginalniejszym, odważniejszym niż pozostałe, a nawet na tamte czasy dość innowacyjnym. Stał się bowiem jednym z najważniejszych przykładów opery semiseria, czyli zawierających elementy zarówno poważne, jak i komiczne. Zachwyt nad tą formą dzieł wokalno-instrumentalnych zapanował powszechnie dopiero w epoce romantyzmu (tworzyli je Berlioz, Meyerbeer, Donizetti, Rossini czy Bellini). Mozart wyprzedził więc poniekąd oczekiwania odbiorców klasycyzmu. Sam jednakże uważał swoje dzieło za wybitne, posługując się nawet stwierdzeniem, że napisał je dla Pragi, gdyż Wiedeń na nie nie zasłużył. Pomimo wielkich różnic między „Don Giovannim” a poprzednimi operami buffa, którymi zachwycała się publiczność, dzieło z biegiem czasu okazało się wielkim sukcesem.
Opera ta aż do dziś należy do najbardziej lubianych i nieprzerwanie ściąga do teatrów rzesze miłośników, stawiając coraz to nowsze wyzwania realizatorom. Jednym ze źródeł popularności opery są ogromne możliwości interpretacyjne, jakie daje utwór – skorzystał z nich obficie również Michał Znaniecki, odpowiedzialny za reżyserię, scenografię, inscenizację i kostiumy „Don Giobanniego” w Operze Krakowskiej. Jednym z najbardziej trafionych rozwiązań tej realizacji było przeniesienie akcji do nowoczesnego uzdrowiska emanującego purytańską bielą. Jednocześnie ubiór i charakteryzacja postaci korespondowały ze znanym filmem Federico Felliniego „Osiem i pół”, wprowadzając silny akcent przenikania się sztuk. Tak więc tytułowy Don Giovanni przypominał głównego bohatera filmu, Guido, Donna Elvira nawet fryzurą i rekwizytem w postaci czarno-oprawionych okularów odzwierciedlała filmową Luisę. W ten właśnie sposób większość postaci wpasowuje się w owo odniesienie reżysera do obrazu filmowego.
Uwagę zwraca również wspaniale ucharakteryzowany chór i balet, stanowiący tłum różnorodnych gości sanatorium, od chichoczących zakonnic, aż po szukających alkoholowej uciechy emerytów. Oba zespoły przygotowane zostały świetnie, zarówno wizualnie jak i aktorsko, można było jednak odnieść wrażenie, że zapomniano w tym wszystkim o możliwościach scenicznych głównych postaci. Zarówno przeciągające się momenty popisowych arii, jak i sceny zbiorowe w wykonaniu solistów pozbawione były akcji. Ta koncepcja bezruchu niestety nie należała do udanych, co potwierdzała publiczność, gwałtownie ożywiając się jedynie na rzadkie sceny z udziałem pełnego chóru i baletu. Sama interpretacja dzieła w reżyserii Michała Znanieckiego odbiegała też niejednokrotnie od samej treści libretta. Zamysł reżysera wydawał się być misternie przygotowany, przemyślany i pozornie słuszny – do momentu, gdy akcję zaczęły zakłócać kolejne nieścisłości. Przykładem może być finałowa scena wieczerzy, która została całkowicie zreinterpretowana przez reżysera, a pojawia się w niej cytat odnoszący się do elementu przestrzeni, który został usunięty. Nieścisłości tego typu pojawiało się sporo, m.in. w scenie, gdy Zerlina wiąże Leporella z zamiarem zemsty i choć aktorzy trwają w bezruchu, Leporello błaga napastniczkę, by nie wlokła go za sobą jak konia.
Pozytywnym akcentem była świetna gra Agnieszki Cząstki w roli wyżej wspomnianej Zerliny. Jej obie arie, „Batti, batti o bel Masetto”, „Vedrai carino” oraz duet z Don Giovannim „La ci darem la mano” należą do najbardziej rozpoznawalnych fragmentów opery, co czyni jej postać niezwykle ważną, choć z założenia drugoplanową. Koncepcja bohaterki według Michała Znanieckiego nie była do końca zgodna z tradycyjnym wizerunkiem postaci – z lekko uwodzicielskiej, lecz wciąż pruderyjnej, prostej dziewczyny została przemieniona w silną, świadomą swej atrakcyjności kobietę, która świadomie manipuluje swoim narzeczonym Masetto. Osobiście scenę, w której Zerlina pociesza poturbowanego Masetta, odebrałam jako przesadzoną. Być może w dzisiejszych czasach subtelna zmysłowość, jaką otaczały się kobiety czasów kompozytora nie jest już aktualna, ale uczynienie z bohaterki w zamian drapieżnej nimfetki okazało się zbyt dalekim posunięciem, odbiera bowiem postaci niewinność, która była podstawą jej wiarygodności.
Kreacja postaci Don Ottavia, w którą wcielił się Adam Sobierajski, również nie należała do udanych pomysłów. Choć śpiewakowi aktorsko nie można nic zarzucić, uczynienie jego bohatera na siłę mdłym i zniewieściałym było niepotrzebnym rozwiązaniem. Opera sama w sobie zawiera już wystarczająco wiele wątków i postaci komicznych, a dodawanie ich na siłę stanowiło przerost formy nad treścią. To samo tyczy się postaci Donny Anny, której ewolucja w kobietę zimną i nieczułą zdawało się być potrzebą wynikającą ze skontrastowania jej z bezradnym narzeczonym. W pierwotnym zamyśle niedoszła ofiara Don Giovanniego, ogarnięta szałem po stracie ojca, miała być uosobieniem kobiety łagodnej i oddanej, w którą wstąpiła nieopanowana żądza zemsty. Zamiast tego, uczyniono z niej kobietę wyrachowaną i zaślepioną, co nie koresponduje z jej miłością do Don Ottavia, a motywy jej działań pozostają kompletnie niewyjaśnione. W związku z tym, widz nie jest w stanie utożsamić się z postacią, bo jej nie rozumie.
Przedstawienie posiada również mocne atuty, dla których warto wybrać się na spektakl. Przepiękne kostiumy i bogata scenografia zachwycały, pomysł na miejsca akcji (sanatorium, pijalnia wód, sauna) był bardzo świeży i przyjemny w odbiorze. Śpiewacy również mieli się czym pochwalić – Katarzyna Oleś-Blacha prezentowała niebiańskie piano i perliste koloratury, Kari Postman wręcz urzekała soczystą barwa głosu, Leporello do ostatniej chwili utrzymywał świetny kontakt z publicznością. Fenomenalny był też Remigiusz Łukomski w niewdzięcznej, bo krótkiej i trudnej roli Komandora. Cały spektakl wyczekiwałam na słynny fragment, w którym symboliczna postać wyśpiewuje „Don Giovanni! A cenar teco…” (tłum. Don Giovanni! Zaprosiłeś mnie na wieczerzę, więc oto przyszedłem). Nie zawiodłam się – był to ten moment, kiedy przeszyły mnie prawdziwe dreszcze. W tej jednej frazie, przy cichym towarzyszeniu budującej napięcie orkiestry, odbija się cały geniusz Mozarta. Miał rację dyrektor praskiej opery, gdy pisał: „Niech żyje da Ponte, niech żyje Mozart! (…) Póki Ci dwaj żyją, nikt się nigdy nie dowie, co to nędza w teatrze”. Zdania te, choć wypowiedziane ponad 200 lat temu, wciąż nie tracą na aktualności.
Na krakowską inscenizację z pewnością można się wybrać. Polecam ją przede wszystkim tym, którzy tradycyjną wersję opery już widzieli i mają ochotę na coś nowego, a także miłośnikom nowoczesnych aranżacji wszystkich dziedzin sztuki.
Recenzja dla portalu www.kulturawkrakowie.pl, z dnia 25.02.2013
poniedziałek, 28 stycznia 2013
„Życie zaczyna się tam, gdzie kończy się nasza bezpieczna przestrzeń…” – recenzja filmu „Les Misérables: Nędznicy”
Oczekiwania publiczności wobec najnowszej ekranizacji „Les
Misérables” były ogromne. Trudno się temu dziwić, gdy w grę wchodzi
jeden z najsławniejszych musicali na świecie, gwiazdorska obsada, a do
tego najlepsze sprzęty techniczne, najnowsze technologie i wręcz
nieograniczone możliwości zdjęciowe, montażowe i budżetowe. Oczekiwano
prawdziwej superprodukcji (którą film podobno jest). Zanim jednak
radośnie pójdzie się na niego do kina, trzeba nieco wyzwolić się od
oczekiwań, a zderzyć się z paroma faktami: po pierwsze z tym, że musical
Claude-Michela Schönberga jest w zasadzie bardzo mało… „musicalowy”.
Jego fabuła na pewno nie jest prosta, wątki nie są szczęśliwe, całość nie jest bajkowa, film zdecydowanie nie jest propozycją na drugą randkę, a nastawienie na to, że wszystko skończy się happy-endem, że aktorzy będą tańczyć ze sztandarami i wesoło podrygiwać w rytm „Marsylianki” może się skończyć ciężką depresją. Jest to musical przerażająco realistyczny, a nawet werystyczny; pełen krwi, łez, brudu, odgłosów wystrzałów i niezawinionej śmierci. Wplecenie do takiej fabuły muzyki i śpiewanych przez bohaterów piosenek jest poniekąd sprzeczne i z naturą powieści Wiktora Hugo i istotą musicalu. Pozostawia więc z pewnością pewne ograniczenia. Choć reżyser wybrnął z trudności brawurowo, to odbiór dzieła u wielu widzów jest z pewnością zakłócany nieustannie zderzającymi się ze sobą sprzecznościami.
W tym wszystkim jednego można być pewnym: żeby obiektywnie ocenić dzieło, nie należy niczego po nim oczekiwać ani sugerować się recenzjami innych dziennikarzy. Jeśli przeczytałeś już wszystkie możliwe opinie na temat filmu, a jutro się na niego wybierasz, spróbuj o nich jak najszybciej zapomnieć, żeby nie zepsuć sobie trzech godzin wspaniałego doświadczenia. Ja przeczytałam ich sporo i niefortunnie w moim umyśle powstała wizja filmu „Nędznicy” jako „widowiskowego”. Muszę tu rozwiać wszelkie wątpliwości: nie jest to widowiskowe dzieło. Wręcz przeciwnie. Film jest, powiedziałabym, dość skromny formalnie i skupia się przede wszystkim na stronie emocjonalnej. Być może niektóre sceny są mniej lub bardziej nakręcone z rozmachem, ale jest ich w zasadzie niewiele. To, o czym naprawdę opowiada film, to bohaterowie.
Zgodnie z powieścią Wiktora Hugo „Nędznicy”, w filmie występuje bardzo wiele postaci, których szczegółowa charakterystyka jest wysunięta na pierwszy plan. Choć bohaterami pierwszoplanowymi są tylko Jean Valjean i inspektor Javert, to jest też dużo niesamowicie istotnych postaci drugoplanowych: Fantine, Cosette, Éponine, Marius Pontmercy czy Enjorlas.
W „Nędznikach” dużo jest ujęć licznych twarzy. Twarzy z bliska, a nawet w detalicznym przybliżeniu. Widzimy, że są one stylizowane na naturalne i ich charakteryzacja została ograniczona do minimum, by jak najdoskonalej ukazać złożoność psychiki poszczególnych postaci. Bohaterami, którzy szczególnie odzwierciedlają to zamierzenie reżysera są Fantine, Jean Valjean i Marius. Prawie za każdym razem, gdy któraś z postaci śpiewa, kamera zastyga na jego twarzy w jednym, niezmiennym ujęciu. W ten sposób widz skupia się tylko i wyłącznie na emocjach, które wyśpiewują bohaterowie. A w filmie emocji jest po prostu mnóstwo – i to po obu stronach ekranu. Niesamowicie rozbudowane są wątki miłości i cierpienia. Każda postać kocha, każda postać cierpi, niemal każda też umiera. Są też dzieci, które symbolizują niewinność i niesprawiedliwość świata, choć są też używane docelowo jako rekwizyty sentymentalne (mała Cosette, Gavroche).
Ten film to również prawdziwa walka bohaterów o miano najbardziej tragicznego. Kandydatów jest wielu, na czele z Fantine i Éponine. Podczas gdy Éponine jest postacią bardzo naturalną, zaskakująco ludzką i szczerą, Fantine odgrywa w zasadzie rolę ikony męczeństwa i upadku. Widać wyraźnie, że w jej przypadku nie chodziło o samo wykreowanie postaci, ale o przedstawienie w jednej osobie cierpienia całego ludu francuskiej biedoty. Mimo że tak różne, obie cierpiały, obie kochały, obie tragicznie zmarły.
Odtwórczyni roli Éponine, Samantha Barks, okazała się bardzo utalentowana wokalnie. Jej głos był jednym z najlepszych w całym musicalu. Należy pochwalić w tym względzie również Eddiego Redmayne’a; śpiewał naprawdę pięknie. Bardzo zawiodła mnie natomiast rola Russella Crowe’a, który choć wybitny aktorsko, wokalnie bardzo odstawał od reszty obsady. Muszę dodać, że wytłumaczenie, że to przecież aktor nie piosenkarz, zupełnie mnie nie przekonuje. Reżyser z pewnością miał do dyspozycji wielu aktorów, którzy świetnie zagraliby (i zaśpiewali!) tę rolę. Skoro jednak zdecydował się na Crowe’a musi się liczyć z tym, jak przyjmie to publiczność.
Mimo wszystko miło zaskakiwał Hugh Jackman, który choć strasznie zmanierowany i z przesadzonym wibratem, przynajmniej intonacyjnie śpiewał bez zarzutu. Nie ma zbyt wiele opinii na temat Amandy Seyfried w roli Cosette. Zagrała po prostu przyzwoicie. Aktorka ma ładny, czysty głos, ale nie zaszokowała widowni, która jej wokal znała już dobrze z musicalu „Mamma Mia!”.
Zaszokowała natomiast Anne Hathaway. Krążące już od dłuższego czasu opinie, że ta rola przyniesie jej Oscara, z pewnością nie są wyssane z palca. Aktorka zagrała najlepiej z całej obsady, widać było, że dała z siebie wszystko i jeszcze więcej. Utwór-markę musicalu, „Wyśniłam sen” zaśpiewała tak, że rozdarła niejedno serce i wycisnęła niejedną łzę. Ilekroć postać Fantine pojawiała się na ekranie, słychać było szum wyciąganych paczek z chusteczkami.
Podsumowując, film uważam za bardzo dobry. Jest na pewno oryginalny i zupełnie inny od klasycznego musicalu, a gdybym miała podpiąć go pod pewną grupę odbiorców, to z pewnością pod tych wrażliwych. Bo takich ludzi ten film przenika na wskroś, daje do myślenia i ubogaca. Oczywiście jego specyfika decyduje o tym, że nie będzie podobał się każdemu. Jest wiele rzeczy, które chętnie bym zmieniła lub zasugerowała pewne alternatywy, ale nie zakłóca to mojego postrzegania filmu jako wartościowego, innego, pełnego nowych propozycji i oddalenia od stereotypów. Pytanie, czy kino gatunków za bardzo nie przyzwyczaiło widza do przewidywalności, i czy takie odejście od sztywnych ram nie będzie rzutować na wartość obrazu. Według mnie – wręcz przeciwnie. Znakiem dzieł wybitnych jest to, że nie mogą podobać się każdemu, ponieważ wychodzą poza strefę komfortu widza i proponują mu coś nowego, jednocześnie zmuszając go do myślenia – co nie zawsze jest przyjemne. Bo przecież to nic trudnego, stworzyć film dobry i przyjemny. Prawdziwą wartością jest takie dzieło, do którego w przyszłości będą się odnosić pionierzy nowych rozwiązań audiowizualnych. Prawdziwym skarbem jest film, który wychodzi poza granice i sięga po coś trudniejszego. Po płaszczyznę, w której bezrefleksyjny konsument ujrzy duszę drugiego człowieka tak wyraźnie, że zapragnie uczynić coś, by zmienić ten świat na lepsze.
Recenzja dla portalu www.kulturawkrakowie.pl, z dnia 28.01.2013
Jego fabuła na pewno nie jest prosta, wątki nie są szczęśliwe, całość nie jest bajkowa, film zdecydowanie nie jest propozycją na drugą randkę, a nastawienie na to, że wszystko skończy się happy-endem, że aktorzy będą tańczyć ze sztandarami i wesoło podrygiwać w rytm „Marsylianki” może się skończyć ciężką depresją. Jest to musical przerażająco realistyczny, a nawet werystyczny; pełen krwi, łez, brudu, odgłosów wystrzałów i niezawinionej śmierci. Wplecenie do takiej fabuły muzyki i śpiewanych przez bohaterów piosenek jest poniekąd sprzeczne i z naturą powieści Wiktora Hugo i istotą musicalu. Pozostawia więc z pewnością pewne ograniczenia. Choć reżyser wybrnął z trudności brawurowo, to odbiór dzieła u wielu widzów jest z pewnością zakłócany nieustannie zderzającymi się ze sobą sprzecznościami.
W tym wszystkim jednego można być pewnym: żeby obiektywnie ocenić dzieło, nie należy niczego po nim oczekiwać ani sugerować się recenzjami innych dziennikarzy. Jeśli przeczytałeś już wszystkie możliwe opinie na temat filmu, a jutro się na niego wybierasz, spróbuj o nich jak najszybciej zapomnieć, żeby nie zepsuć sobie trzech godzin wspaniałego doświadczenia. Ja przeczytałam ich sporo i niefortunnie w moim umyśle powstała wizja filmu „Nędznicy” jako „widowiskowego”. Muszę tu rozwiać wszelkie wątpliwości: nie jest to widowiskowe dzieło. Wręcz przeciwnie. Film jest, powiedziałabym, dość skromny formalnie i skupia się przede wszystkim na stronie emocjonalnej. Być może niektóre sceny są mniej lub bardziej nakręcone z rozmachem, ale jest ich w zasadzie niewiele. To, o czym naprawdę opowiada film, to bohaterowie.
Zgodnie z powieścią Wiktora Hugo „Nędznicy”, w filmie występuje bardzo wiele postaci, których szczegółowa charakterystyka jest wysunięta na pierwszy plan. Choć bohaterami pierwszoplanowymi są tylko Jean Valjean i inspektor Javert, to jest też dużo niesamowicie istotnych postaci drugoplanowych: Fantine, Cosette, Éponine, Marius Pontmercy czy Enjorlas.
W „Nędznikach” dużo jest ujęć licznych twarzy. Twarzy z bliska, a nawet w detalicznym przybliżeniu. Widzimy, że są one stylizowane na naturalne i ich charakteryzacja została ograniczona do minimum, by jak najdoskonalej ukazać złożoność psychiki poszczególnych postaci. Bohaterami, którzy szczególnie odzwierciedlają to zamierzenie reżysera są Fantine, Jean Valjean i Marius. Prawie za każdym razem, gdy któraś z postaci śpiewa, kamera zastyga na jego twarzy w jednym, niezmiennym ujęciu. W ten sposób widz skupia się tylko i wyłącznie na emocjach, które wyśpiewują bohaterowie. A w filmie emocji jest po prostu mnóstwo – i to po obu stronach ekranu. Niesamowicie rozbudowane są wątki miłości i cierpienia. Każda postać kocha, każda postać cierpi, niemal każda też umiera. Są też dzieci, które symbolizują niewinność i niesprawiedliwość świata, choć są też używane docelowo jako rekwizyty sentymentalne (mała Cosette, Gavroche).
Ten film to również prawdziwa walka bohaterów o miano najbardziej tragicznego. Kandydatów jest wielu, na czele z Fantine i Éponine. Podczas gdy Éponine jest postacią bardzo naturalną, zaskakująco ludzką i szczerą, Fantine odgrywa w zasadzie rolę ikony męczeństwa i upadku. Widać wyraźnie, że w jej przypadku nie chodziło o samo wykreowanie postaci, ale o przedstawienie w jednej osobie cierpienia całego ludu francuskiej biedoty. Mimo że tak różne, obie cierpiały, obie kochały, obie tragicznie zmarły.
Odtwórczyni roli Éponine, Samantha Barks, okazała się bardzo utalentowana wokalnie. Jej głos był jednym z najlepszych w całym musicalu. Należy pochwalić w tym względzie również Eddiego Redmayne’a; śpiewał naprawdę pięknie. Bardzo zawiodła mnie natomiast rola Russella Crowe’a, który choć wybitny aktorsko, wokalnie bardzo odstawał od reszty obsady. Muszę dodać, że wytłumaczenie, że to przecież aktor nie piosenkarz, zupełnie mnie nie przekonuje. Reżyser z pewnością miał do dyspozycji wielu aktorów, którzy świetnie zagraliby (i zaśpiewali!) tę rolę. Skoro jednak zdecydował się na Crowe’a musi się liczyć z tym, jak przyjmie to publiczność.
Mimo wszystko miło zaskakiwał Hugh Jackman, który choć strasznie zmanierowany i z przesadzonym wibratem, przynajmniej intonacyjnie śpiewał bez zarzutu. Nie ma zbyt wiele opinii na temat Amandy Seyfried w roli Cosette. Zagrała po prostu przyzwoicie. Aktorka ma ładny, czysty głos, ale nie zaszokowała widowni, która jej wokal znała już dobrze z musicalu „Mamma Mia!”.
Zaszokowała natomiast Anne Hathaway. Krążące już od dłuższego czasu opinie, że ta rola przyniesie jej Oscara, z pewnością nie są wyssane z palca. Aktorka zagrała najlepiej z całej obsady, widać było, że dała z siebie wszystko i jeszcze więcej. Utwór-markę musicalu, „Wyśniłam sen” zaśpiewała tak, że rozdarła niejedno serce i wycisnęła niejedną łzę. Ilekroć postać Fantine pojawiała się na ekranie, słychać było szum wyciąganych paczek z chusteczkami.
Podsumowując, film uważam za bardzo dobry. Jest na pewno oryginalny i zupełnie inny od klasycznego musicalu, a gdybym miała podpiąć go pod pewną grupę odbiorców, to z pewnością pod tych wrażliwych. Bo takich ludzi ten film przenika na wskroś, daje do myślenia i ubogaca. Oczywiście jego specyfika decyduje o tym, że nie będzie podobał się każdemu. Jest wiele rzeczy, które chętnie bym zmieniła lub zasugerowała pewne alternatywy, ale nie zakłóca to mojego postrzegania filmu jako wartościowego, innego, pełnego nowych propozycji i oddalenia od stereotypów. Pytanie, czy kino gatunków za bardzo nie przyzwyczaiło widza do przewidywalności, i czy takie odejście od sztywnych ram nie będzie rzutować na wartość obrazu. Według mnie – wręcz przeciwnie. Znakiem dzieł wybitnych jest to, że nie mogą podobać się każdemu, ponieważ wychodzą poza strefę komfortu widza i proponują mu coś nowego, jednocześnie zmuszając go do myślenia – co nie zawsze jest przyjemne. Bo przecież to nic trudnego, stworzyć film dobry i przyjemny. Prawdziwą wartością jest takie dzieło, do którego w przyszłości będą się odnosić pionierzy nowych rozwiązań audiowizualnych. Prawdziwym skarbem jest film, który wychodzi poza granice i sięga po coś trudniejszego. Po płaszczyznę, w której bezrefleksyjny konsument ujrzy duszę drugiego człowieka tak wyraźnie, że zapragnie uczynić coś, by zmienić ten świat na lepsze.
Recenzja dla portalu www.kulturawkrakowie.pl, z dnia 28.01.2013
wtorek, 27 listopada 2012
Rytm, emocje i uszanki, czyli Joe Wright i jego popisowa „Anna Karenina”
W dzisiejszym kinie od jakiegoś czasu panuje moda na wieczne
niezadowolenie. Widzowie wychodzą albo z poczuciem straconych pieniędzy,
sfrustrowani albo po prostu bez uniesień. „Było spoko” – to szczyt
pochwały. Wydaje się, że kino ma już do zaoferowania jedynie efekty
specjalne, a dzieła ambitne nie wychodzą na ekrany multipleksów, bo
rozleniowiony widz nie chce rozważać zbyt ciężkich filozofii, traktując
film tylko jako rozrywkę. Pojawia się pytanie o cel współczesnego kina,
oraz o to, czy potrafi pokazać jeszcze coś nowego.
Joe Wright dzięki filmowi „Anna Karenina” udowadnia, że tak. Na przekór wyżej wspomnianej modzie na narzekanie i skupianie się na niedociągnięciach napiszę tak: wyszłam z seansu absolutnie zachwycona, wyrwana z innego świata, który całkowicie mnie wciągnął swoją autentycznością i nowatorską formą. Innowacyjne opracowanie techniczne „Anny Kareniny” przyciąga uwagę i zachwyca. Wszystkie sceny tworzą połączoną ze sobą niczym w utworze muzycznym ścisłą całość. Z powodu swojej motoryki film ogląda się z zapartym tchem i wielkim zaangażowaniem. Kreacja Keiry Knightley jako Anny Kareniny była sprawdzona i łatwa do przewidzenia: reżyser współpracował z aktorką już przy wielu obrazach ( np. „Duma i Uprzedzenie”, „Pokuta”). Tak samo było w przypadku kompozytora Dario Marianelliego. Wielka trójca po raz trzeci stworzyła wybitny obraz, który mogę ocenić nawet jako najbardziej udany. Reżyser tym razem stanowczo postawił na nowatorstwo i udowodnił, że z niskim funduszem da się zrobić wybitny film.
„Anna Karenina” zapewnia całą paletę emocji: od rozbawienia (głównie dzięki genialnej roli Matthew Macfaydena, który po poważnej kreacji Pana Darcy’ego w „Dumie i Uprzedzeniu” tu dał popis swojej wszechstronności i wyśmienitego aktorstwa na każdej płaszczyźnie) po wzruszenie, a nawet łzy. Wielkie brawa należą się Keirze Knightley, która jak nikt potrafi pokazać szczegóły skomplikowanej kobiecej emocjonalności. A na dodatek wyśmienicie wygląda w gorsetach.
Na uwagę zasługuje też muzyka Dario Marianelliego, która w odgrywa w filmie kluczową rolę, zapewniając mu płynność i charakter spektaklu. Właśnie ta korespondencja między kinem a teatrem i operą daje „Annie Kareninie” niepowtarzalny klimat, jakiego jeszcze nie widzieliśmy, a którego już mały zalążek widać choćby w „Pokucie”.
Słowa krytyki wobec filmu są skierowane głównie przez fanów powieści Lwa Tołstoja, na której oparty jest film. Takim widzom mam do powiedzenia to, co podkreślają krytycy filmowi od lat: literatura i film to dwie zupełnie różne sztuki. Nie da się idealnie przenieść słowa pisanego na ekran, choćby z powodu innej estetyki. Film zawsze był i będzie bardziej angażujący, musi posiadać pewne niezbędne suspensy, bez których byłby po prostu nudny. Niektóre dzieła pisane bardzo trudno jest wiernie oddać na ekranie, zwłaszcza, gdy są to powieści z roku 1870, oparte na zupełnie innych wartościach niż współczesne. Dlatego też nie powinno się, a nawet nie można porównywać adaptacji do oryginału pod względem wierności pierwowzorowi. Jest również różnica pomiędzy adaptacją, którą jest „Anna Karenina” Joe Wrighta a ekranizacją.
Poza wiernością oryginałowi, która pozostawia sporo do życzenia, jest to kino ambitne, które udowadnia, że wiele jest jeszcze do pokazania i zrobienia w dziedzinie filmów skierowanych do publiczności masowej. Mam nadzieję, że to dopiero początek śmiałych kroków Joego Wrighta w kierunku nieoczywistych rozwiązań i udanej współpracy z muzyką poważną, która powoli nadaje jego twórczości rysy kina autorskiego.
Recenzja dla portalu www.kulturawkrakowie.pl, z dnia 27.11.2012
Joe Wright dzięki filmowi „Anna Karenina” udowadnia, że tak. Na przekór wyżej wspomnianej modzie na narzekanie i skupianie się na niedociągnięciach napiszę tak: wyszłam z seansu absolutnie zachwycona, wyrwana z innego świata, który całkowicie mnie wciągnął swoją autentycznością i nowatorską formą. Innowacyjne opracowanie techniczne „Anny Kareniny” przyciąga uwagę i zachwyca. Wszystkie sceny tworzą połączoną ze sobą niczym w utworze muzycznym ścisłą całość. Z powodu swojej motoryki film ogląda się z zapartym tchem i wielkim zaangażowaniem. Kreacja Keiry Knightley jako Anny Kareniny była sprawdzona i łatwa do przewidzenia: reżyser współpracował z aktorką już przy wielu obrazach ( np. „Duma i Uprzedzenie”, „Pokuta”). Tak samo było w przypadku kompozytora Dario Marianelliego. Wielka trójca po raz trzeci stworzyła wybitny obraz, który mogę ocenić nawet jako najbardziej udany. Reżyser tym razem stanowczo postawił na nowatorstwo i udowodnił, że z niskim funduszem da się zrobić wybitny film.
„Anna Karenina” zapewnia całą paletę emocji: od rozbawienia (głównie dzięki genialnej roli Matthew Macfaydena, który po poważnej kreacji Pana Darcy’ego w „Dumie i Uprzedzeniu” tu dał popis swojej wszechstronności i wyśmienitego aktorstwa na każdej płaszczyźnie) po wzruszenie, a nawet łzy. Wielkie brawa należą się Keirze Knightley, która jak nikt potrafi pokazać szczegóły skomplikowanej kobiecej emocjonalności. A na dodatek wyśmienicie wygląda w gorsetach.
Na uwagę zasługuje też muzyka Dario Marianelliego, która w odgrywa w filmie kluczową rolę, zapewniając mu płynność i charakter spektaklu. Właśnie ta korespondencja między kinem a teatrem i operą daje „Annie Kareninie” niepowtarzalny klimat, jakiego jeszcze nie widzieliśmy, a którego już mały zalążek widać choćby w „Pokucie”.
Słowa krytyki wobec filmu są skierowane głównie przez fanów powieści Lwa Tołstoja, na której oparty jest film. Takim widzom mam do powiedzenia to, co podkreślają krytycy filmowi od lat: literatura i film to dwie zupełnie różne sztuki. Nie da się idealnie przenieść słowa pisanego na ekran, choćby z powodu innej estetyki. Film zawsze był i będzie bardziej angażujący, musi posiadać pewne niezbędne suspensy, bez których byłby po prostu nudny. Niektóre dzieła pisane bardzo trudno jest wiernie oddać na ekranie, zwłaszcza, gdy są to powieści z roku 1870, oparte na zupełnie innych wartościach niż współczesne. Dlatego też nie powinno się, a nawet nie można porównywać adaptacji do oryginału pod względem wierności pierwowzorowi. Jest również różnica pomiędzy adaptacją, którą jest „Anna Karenina” Joe Wrighta a ekranizacją.
Poza wiernością oryginałowi, która pozostawia sporo do życzenia, jest to kino ambitne, które udowadnia, że wiele jest jeszcze do pokazania i zrobienia w dziedzinie filmów skierowanych do publiczności masowej. Mam nadzieję, że to dopiero początek śmiałych kroków Joego Wrighta w kierunku nieoczywistych rozwiązań i udanej współpracy z muzyką poważną, która powoli nadaje jego twórczości rysy kina autorskiego.
Recenzja dla portalu www.kulturawkrakowie.pl, z dnia 27.11.2012
wtorek, 16 października 2012
Inauguracja
Postanowiłam zacząć wreszcie pisać - i dobrze, że postanowiłam, bo już mnie to trochę uwierało, że nie mam swojego własnego kąta, gdzie będę mogła tworzyć i opisywać.
A mam do opisywania sporo. Filmy - bo mogę, książki - bo lubię, muzykę - bo potrafię. Może trochę teatru też by się znalazło? Zobaczymy.
Nazywam się Margotka, jestem trochę muzykiem (skończony śpiew operowy), trochę filmoznawcą (licencjat), trochę dziennikarzem (magisterium) i trochę bibliofilem (z zamiłowania). Mam nadzieję, że się przydam.
A mam do opisywania sporo. Filmy - bo mogę, książki - bo lubię, muzykę - bo potrafię. Może trochę teatru też by się znalazło? Zobaczymy.
Nazywam się Margotka, jestem trochę muzykiem (skończony śpiew operowy), trochę filmoznawcą (licencjat), trochę dziennikarzem (magisterium) i trochę bibliofilem (z zamiłowania). Mam nadzieję, że się przydam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









